Spowiedź Polaka

Polska – kraj, który przez pięćdziesiąt lat pozostawał pod żelaznym butem komunizmu. Kraj, który po pięćdziesięciu latach niewoli wybudził się z letargu, ze snu. Jednakże sen ten trwał zdecydowanie za długo. Tak, jak czasy zaborów przyczyniły się do przespania epoki industrializacji, tak cień komunizm spowodował spowolnienie przemian społecznych epoki poprzemysłowej. Polska – kraj zawieszony gdzieś pomiędzy wschodem a zachodem. Kraj, którego naród musiał zdefiniować i określić się na nowo.

Polak zagubiony

Mam na imię Patryk i od dwudziestu lat jestem Polakiem.

Polakiem zagubionym, zawieszonym gdzieś pomiędzy wschodem a zachodem. Samookreślenie – brak. Tożsamość – nie stwierdzono.

Jestem obywatelem kraju, w którym ponad 90% obywateli deklaruje się jako katolicy, w którym kościół katolicki stanowi ważny podmiot, również gry politycznej. Obsesja na punkcie obrażania uczuć religijnych jest tutaj histeryczna, a  jedynie 39% ludzi uczęszcza na msze niedzielne.

Polakiem – mieszkańcem kraju o wielowiekowej tradycji, kraju, który w XVI wieku tworzył wielonarodowe i tolerancyjne państwo w środku europejskiego morza absolutyzmu. Kraju, którego naród polityczny stanowiła szlachta złożona z ludzi różnych wyznań o różnym pochodzeniu o różnej przynależności etnicznej.

Obywatelem kraju, którego narodowcy z husarią na piersi, niejako symbolem dawnej Rzeczypospolitej, bez grama refleksji wykrzykują – Polska dla Polaków.

Polska – kraj mój ojczysty, przez setki lat pozostawał wielonarodowy i otwarty na przybyszów. Dziś zupełnie jednolity, kulturowo odizolowany, wręcz zamknięty na inność w każdym jej możliwym wymiarze.

Kraj, w którym muzułmanie stanowią 0,013 procent społeczeństwa, kraj, w którym, w przeciwieństwie do Belgii czy Francji, nigdy nie doszło do zamachu z ich udziałem, a w którym odsetek osób niechętnych wobec wyznawców Allaha jest najwyższy w europie.

Polak – mieszkaniec kraju, którego minister spraw zagranicznych uważa, że bycie rowerzystą i wegetarianinem jest sprzeczne z „tradycyjnie polskimi wartościami”, że odnawialne źródła energii są objawem realizacji marksistowskiego wzorca świata.

W końcu ideałem ministra byłyby czasy PRL. Kraj zupełnie jednolity, schabowy i ziemniaczki na każdym polskim stole, akcja Hiacynt, mała ilość ścieżek rowerowych, silny polski przemysł i wspaniała myśl techniczna w postaci malucha czy poloneza, silne polskie górnictwo – nie jakieś durne marksistowsko – lewackie turbiny wiatrowe, panele słoneczne gender czy homoseksualne spalarnie gazu, ale prawdziwy Polski i narodowy węgiel.

Jestem Polakiem, mieszkańcem kraju, którego 50 procent wyborców głosowało na partię chcącą drugiego Budapesztu – miasta, w którym ostatnimi czasy wiele ulic zostało przebudowanych w duchu marksistowskim – na bardziej przyjazne dla pieszych.

Ale to przecież nie dla nas, nie w Warszawie. Z Budapesztu możemy brać co najwyżej Orbana i eurosceptycyzm.

Ciekawi mnie zatem, gdzie jest granica w ustalaniu pojęć lewactwa czy marksizmu kulturowego. Co jeszcze zostanie za to uznane? Może spożywanie żywności ekologicznej? A od tego jedynie jeden krok dzieli nas  do bycia wegetarianinem, a jak wiadomo każdy wegetarianin głosuje na Partię Razem i chce sprowadzić do Polski miliard muzułmanów.

Zakazanie spodni rurek powinno być kolejnym krokiem. W końcu prawdziwy mężczyzna się w nie nie mieści, a skoro nie prawdziwy, to zapewne trans, a to już zamach na świętą insytucję rodziny.

Ten obrzydliwy prowincjonalizm, ta obrzydliwa konserwa pogrążona w strachu przed wszystkim co obce, przed wszystkim co wystaje choćby poza czubek własnego nosa, który stanowi irracjonalną barierę ochronną przed wszystkim co nieznane.

Pogrążeni w swoim prostym i dychotomicznym myśleniu, które pozwala im funkcjonować w świecie, którego nawet nie potrafią zrozumieć. Po cóż sięgać po jakieś durne uniwersyteckie książki? Przecież są dwie kategorie ludzi – prawak i lewak, my i oni, swój i wróg. Świat jest przecież taki prosty, czarno biały wręcz, bez żadnych mętnych odcieni szarości.

Polacy – naród, który musiał zdefiniować się na nowo, który od wieków wręcz cierpiał na kompleks wobec zachodu.

Prawdą jest, że zmiany i nowe epoki idą zazwyczaj z zachodu na wschód, a więc występują one później w Polsce niż w reszcie Europy. Taki pogląd byłby jednak zbytnim spłyceniem problemu, bo przecież kultury poszczególnych krajów różnią się między sobą, a dochodzi do tego jeszcze zróżnicowanie wewnętrzne, regionalne.

Nie powinniśmy bezrefleksyjnie przyjmować wszystkiego, co nadchodzi z zachodu,  nawet pomimo tego, że – tolerancja, otwarte i ufne sobie społeczeństwo, odnawialne źródła energii itp. wydają się być czymś dobrym, ale nie powinniśmy tych wszystkich rzecz równie bezrefleksyjnie odrzucać, a w takim duchu kreuje się obecna polityka rządu.

Jaki to Polak prosty, jak durnie przyjmuje wszystko co idzie z zachodu aż się tym zachłysnąć można. Że jakieś zachodnie ubiory? Styl bycia? Zachodnie produkty? My tutaj mamy przecież lepsze – Polskie. Nie, nie. Nie zachodnie czy wschodnie, ale Polskie właśnie. Takie osobne, tradycyjne.

I tak jak Polak w swej zaściankowości znany był z bezkrytycznego przyjmowania i ogólnego kompleksu wobec zachodu, tak obecny gabinet przewraca ten nurt do góry nogami.

Ale wbrew oczekiwaniom nie przywraca tej zagubionej lokomotywy na odpowiednie tory. On ją wykoleja, przedstawiając jej własna karykaturę, odbicie w krzywym zwierciadle.

I dlatego właśnie nachodzi mnie nieodparta myśl – jak daleko to zabrnie? Co jeszcze nasze elity uznają za przejaw zachodniego zepsucia? Gdzie bylibyśmy teraz, gdyby takie myślenie zdominowało nasze postrzeganie świata kilkaset lat temu?

Prawa wyborcze dla kobiet?  Przejaw moralnej zgnilizny oczywiście!

Bo co potem? Może jeszcze będą chciały dostępu do męskich zawodów?

Konserwatyści, do których bez wątpienia należy PiS, z samego już założenia stawiają się w opozycji do zmieniającego się świata, do wszelkich nowinek, które poddają krytyce w celu obrony statusu quo. 

Zdaję sobie sprawę, że jest to poważny spłycenie tej idei, na co zwracał uwagę już Cat – Mackiewicz, ale niestety często przyjmuje ona taki wymiar praktyczny. Konserwatyści nie mogą powstrzymać zachodzących zmian, naturalnych procesów postępowych, więc mogą je jedynie powstrzymywać, odmawiając prawa coraz to kolejnym grupom społecznym.

Oczywiście mówię o sytuacji w Polsce. Zmiany idą w końcu z zachodu na wschód, a nie na odwrót, i zawitają też kiedyś do nas. Tymczasem prawicowa i konserwatywna norweska partia Høyre ma w swoim programie prawo do adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Aha.

Kiedy mówię Polska, nasuwa mi się na myśl obraz masy jakiejś nieokreślonej. Niezrozumiała wręcz duma ze wszystkich nieudanych powstań, wszechobecny kult i apoteoza porażek, przy jednoczesnym wstydzie ze swych najznamienitszych zwycięstw.

Uwielbienie porażki, bycia w odwrocie. Tyle dzieł, tyle taśmy filmowej zostało zużytej tylko po to, by uwiecznić jak jesteśmy bici czy sponiewierani, ale oczywiście ostatecznie w chwale wygrywamy.

Wciąż trwa to nasze narodowe szaleństwo – Od Katynia, przez Warszawę i na Smoleńsku kończąc.

Jakże idealnie wpisuje się to w mit wiecznie ucieleśnionego narodu, który był zewsząd bity, i którego wszelkie niepowodzenia wynikają jedynie z nieprzychylności losu czy z działania jakiś spisków mistycznych – masonów, grupy bildberga i oczywiście żydów. Nie możemy zapominać o żydach, bez nich dobra teoria spiskowa nie ma racji bytu.

Jestem Polakiem – obywatelem kraju, który został przeorany przez dwie wojny światowe. Mieszkańcem kraju, który poniósł najwyższe procentowo straty ludnościowe w czasie drugiej wojny światowej. Kraju, którego obywatele byli masowo mordowani w obozach zagłady, jedynie z powodu swojego pochodzenia, przynależności etnicznej czy orientacji. Kraju, którego dyskurs dotyczący uchodźców zalany został komentarzami o ponownym otwarciu Auschwitz i paleniu muzułmanów w piecach.

Jestem z Polski – z kraju, którego obywatele w czasie drugiej wojny światowej uratowali tysiące żydów przed śmiercią w obozach, którego mieszkańcy mają najwięcej tytułów Sprawiedliwy wśród narodów świata. Kraj, w którym antysemityzm w sieci jest powszechny – poczynając na żydowskich spiskach i przekrętach, a na wychwalaniu Adolfa Hitlera kończąc.

Polakiem – mieszkańcem kraju, którego obywatele hurtowo wyjeżdżali na wyspy i korzystali z gościny Brytyjczyków, by tam narzekać na zalew imigrantów, by tam narzekać na multi kulti i socjal, z którego i oni mogli korzystać.

Kraju, w którym przyznanie się do ateizmu odbierane jest jako deklaracja niemoralności i ogólnego zepsucia. Tu przyznanie się do ateizmu może spowodować przylepienie nam łatki społecznego pariasa, tu ateista może zostać dwukrotnie prezydentem, tłumacząc się przy tym pokornie, że „nie otrzymał łaski wiary”.

Dlatego zawsze z przykrością jest mi rozmawiać, czy rozmyślać, o mojej, o naszej polskości. Bo z czymże ona może mi się kojarzyć?

Kiedy mówię Polska – myślę absurd, myślę o naszej manii szaleńczej i uwielbieniu narodowego samobójstwa. Myślę o naszej niepopartym niczym przekonaniu o wielkości, o nieuzasadnionej dumie narodowej i wstydzie z tego, z czego powinniśmy być dumni.

Ale  przy całej dozie (samo) krytyki, przy rezerwie z jaką podchodzę do tego zagadnienia, nie mogę zaprzeczać faktom.

Bo jeżeli też jestem Polakiem, jeżeli też wychowałem się w tej kulturze, to żałość, nad którą tak ubolewam, ten bagaż emocjonalnych i motywowanych przeszłością stereotypów, ten wstydliwy prowincjonalizm, jest także małą częścią mnie.

Nazywam się Patryk. Mam dwadzieścia lat. Jestem Polakiem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s